Taki pies na medal, tylko rodzina bez wyobraźni

Naszą pierwszą historią dzieli się Tomek, który z dużym wzruszeniem wspomina swojego ulubionego pupila z dzieciństwa.

„To było kilkanaście lat temu. Pamiętam to dobrze, na 10 urodziny dostałem swój wymarzony prezent. Małą, kolorową suczkę, którą nazwałem Łatka. To była wyjątkowa sunia, pełna radości, zawsze dotrzymywała mi kroku, zawsze posłuszna. Słowem ideał. Taka mała przyjaciółka, o której zawsze marzyłem.

Moi rodzice nie lubią zwierząt i w sumie nie wiem, czemu wtedy postanowili podarować mi taki prezent. Łatka rosła wraz ze mną, z małego, uroczego szczeniaczka szybko stała się całkiem dużym psem. Trzymaliśmy ją na podwórku, jednak pod nieuwagę rodziców zawsze przemycałem ją do swojego pokoju. To była moja super przyjaciółka, najlepszy pies, którego kiedykolwiek miałem. Taki pies na medal, tylko rodzina bez wyobraźni. Niestety rodzice najwyraźniej nie podzielali mojej młodzieńczej fascynacji zwierzętami. Szybko przestali się interesować Łatką, a im była większa, tym bardziej im zawadzała. Teraz, kiedy to wspominam, widzę, że właściwie nie pasowało im prawie wszystko. To, że kopie dołki w ogródku, że wymaga spacerów i skacze na przywitanie. W tym czasie ja uczyłem ją różnych sztuczek, co chyba też im przeszkadzało. Woleliby, żebym się uczył.

Pamiętam to, jakby było dzisiaj. Łatka miała już nieco ponad rok. Moi rodzice wymyślili wakacje nad morzem. Szybko przekonali mnie, że Łatka nie może jechać z nami. Nie protestowałem, byłem pewny, że po wycieczce Łatka znowu będzie ze mną. Podobno miała zaopiekować się nią nasza ciocia… podobno. Dzień przed wyjazdem na wakacje widziałem Łatkę po raz ostatni. Ojciec zabrał ją „do cioci Eli”. Po powrocie z wakacji dowiedziałem się, że sunia uciekła i pewnie znalazła nowy dom. Serio? Nowy dom. Pamiętam, jak długo jej szukałem, jak płakałem w poduszkę i miałem nadzieję, że się znajdzie. Nie znalazła się.

Dopiero po latach, całkiem przypadkiem dowiedziałem się, że Łatka nigdy nie trafiła do ciotki i nigdy nie miała tam trafić. Zamiast tego ojciec oddał ją do schroniska. Bo przecież po co brać odpowiedzialność za psa, który jest już duży, a nie mały i uroczy? Do dziś mam ogromny żal do swoich rodziców o brak odpowiedzialności i empatii. Zabrali mi najlepszego przyjaciela dla kilku dni bezsensownego wyjazdu. Właściwie mamy teraz bardzo słabe relacje. Ja mam swoje życie, oni swoje. Z tego, co wiem, to chyba nie mają żadnego zwierzaka. I bardzo dobrze, nie powierzyłbym im nawet chomika”.

To było dla mnie za dużo

Kolejną historią podzieliła się z nami Daria, młoda dziewczyna, która jak sama o sobie mówi, robi karierę w dużym mieście. Kiedyś mieszkała w małym miasteczku, ale zaraz po skończeniu szkoły średniej przeniosła się do stolicy. Twierdzi, że nie miała wyboru i musiała pozbyć się swojego zwierzaka. Daria nie podaje imienia swojego byłego pupila, nazywa po prostu psem.

„Nie każdy z nas ma wybór i może zostawić przy sobie psa. Gdy uczyłam się w szkole średniej, przygarnęłam do domu małego pieska. Rodzice postawili mi wtedy warunek – pies może zostać, ale bierzesz za niego całą odpowiedzialność. Wtedy nie był to dla mnie żaden problem. Lubiłam chodzić na spacery, a psiak nie był zbyt wymagający. Sytuacja zmieniła się, gdy skończyłam szkołę średnią. Dostałam się na studia zaoczne, zaczęłam szukać mieszkania i pracy. Tutaj pojawił się problem.

Szybko okazało się, że większość właścicieli mieszkań nie bierze pod uwagę lokatorów z psem. Nie miałam wtedy pieniędzy na całe mieszkanie, potrzebowałam jednego pokoju do wynajęcia. Znalazłam i to całkiem tanie, blisko uczelni. Problem polegał na tym, że trzymanie tam psa było całkowicie niemożliwe. Wcale nie zdziwiło mnie, że rodzina nie chciała słyszeć o zostawieniu psa w rodzinnym domu. W końcu miałam wziąć za niego całą odpowiedzialność. No i wzięłam, nie miałam wyboru. To było dla mnie za dużo. Oddałam psa do schroniska, nie porzuciłam, nie zrobiłam krzywdy. Zwyczajnie oddałam i nie żałuję. Wtedy nie widziałam lepszej możliwości”. Sprawdź także ten artykuł z poradami, gdzie pojechać na wakacje z psem.

Mieszkam na obrzeżach małego miasta, tu dopiero jest tragedia

Według danych statystycznych, każdego roku do polskich schronisk trafia około 100 tysięcy bezpańskich psów. To ogromna liczba, która zwiększa się wraz z sezonem wakacyjnym. Polacy mają różne pomysły na „pozbycie się problemu”. Podrzucanie pod obce domy, wyrzucanie na ulicy, a nawet w lesie. O takich pomysłach opowiada nam Kamil, na co dzień wolontariusz w niewielkim schronisku, a prywatnie właściciel trzech psów i kota.

„Jestem wolontariuszem w schronisku i od lat widzę wiele zwierzęcych tragedii. Zwierzaki trafiają do nas w różnym stanie psychicznym i fizycznym. Czasem są odławiane, innym razem przynoszone przez osoby, które zainteresowały się ich losem. Niekiedy mamy podejrzenie, że ktoś podrzuca nam swojego psa i tylko udaje, że go znalazł. To widać, ale nie sposób udowodnić. Sytuacja schroniska zawsze pogarsza się w sezonie wakacyjnym. Wtedy przybywa do nas najwięcej podopiecznych, małych, dużych, młodych, starszych. Tutaj nie ma reguły.

Wolontariat zajmuje mi sporo wolnego czasu, ale wiem, że jestem tam bardzo potrzebny. Mieszkam na obrzeżach małego miasta, tu dopiero jest tragedia. Właściwie to chyba nie było jeszcze ani jednych spokojnych wakacji. Mojego pierwszego psa znalazłem, gdy błąkał się po osiedlu. Był bardzo przestraszony, od razu widziałem, że jest tu nowy. Ktoś go musiał podrzucić. W kolejnym roku pojawiła się starsza, schorowana kotka, która też niby przypadkiem nagle pojawiła się w okolicy. Moje kolejne dwa psy Atos i Portos właściwie „same” trafiły na moje podwórko. W okolicy każdy wie, że Kamil to taki równy gość, który pomaga zwierzętom. Ma już kilka psów, więc przecież można mu podrzucić kolejne… będzie wiedział, co z nimi zrobić, nie zobaczy dużej różnicy…

W te wakacje sytuacja znowu się powtórzyła, a po osiedlu zaczęła błąkać się starsza suczka. Jeden z sąsiadów podobno widział, że została wyrzucona z jadącego samochodu. Przez kilka dni koczowała w jednym miejscu, nie dała do siebie podejść. Ewidentnie czekała, że ktoś po nią wróci. Niestety nie wrócił. Nikt nie spisał tablic rejestracyjnych, monitoringu też nie ma, a szkoda. Moim zdaniem takich ludzi powinno się skutecznie pociągnąć do odpowiedzialności karnej. Ostatecznie suczka trafiła do schroniska. Miała ogromne szczęście, bo już po kilku dniach pojawiła się Pani, która postanowiła dać jej nowy dom. To jak wygrana w grach losowych. Starsze psy na ogół mają bardzo małe szanse, że ktoś się nimi zainteresuje. Przebywają w schroniskach latami, czekają na własny dom, często aż do końca swoich dni”.

Warto podkreślić, że według litery polskiego prawa, porzucanie psów lub kotów jest formą znęcania się nad zwierzętami. Możliwą karę przewiduje artykuł 35 Kodeksu Karnego. Kto znęca się nad zwierzętami, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech.

Czy ten artykuł był dla Ciebie pomocny?
Oceń
Dla 94,5% czytelników artykuł okazał się być pomocny