Pojechaliśmy na wakacje z psem, miało być tanio i przyjemnie – nie było

Pierwsza historia dotyczy urlopu Macieja i jego psa imieniem Rex. Maciej to młody, wysportowany mężczyzna, który lubi aktywne podróże. Rex to z kolei dwuletni labrador, domowy ulubieniec i jak mówi o nim Maciej, prawdziwy wulkan energii.

„Urlop z psem? Bardzo dziękuję, więcej się na to nie piszę. W tamtym roku wyjechaliśmy na wakacje – ja, moja narzeczona i Rex. Przed wyjazdem rozważaliśmy zostawienie Rexa w hotelu, ale dobry hotel dla zwierząt to też spore koszty, a my przed ślubem i tak mieliśmy całe mnóstwo wydatków. Myśleliśmy, że wspólny urlop obędzie się tanio i przyjemnie – nie było tanio. Rex był wtedy dość młodym rozrabiaką, ale zupełnie nie wzięliśmy tego pod uwagę. Zawsze dobrze dogaduje się z innymi psami i aż piszczy, gdy biorę do ręki smycz. Dlatego myślałem, że wakacje w jego towarzystwie będą strzałem w dziesiątkę. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co nas wszystkich czeka.

Nasz urlop trwał dokładnie trzy dni. Szybki wyjazd w góry, a w poniedziałek ponownie do pracy. Sama podróż była całkiem znośna, a Rex wydawał się mocno podekscytowany. Po podróży trochę pochodziliśmy, wieczorem był już tak zmęczony, że położył się i spał przez kilka dobrych godzin. Nie zdarzało się to często, bo w tamtym czasie był prawdziwym wulkanem energii. Myśleliśmy z narzeczoną, że świetnie radzi sobie w nowym miejscu. Pewnie nawet się tak czuł, ale tylko do drugiego dnia urlopu.

Drugi dzień, to ten, który zapamiętamy na długo. Z początku było świetnie, pospacerowaliśmy, pozwiedzaliśmy i nacieszyliśmy się przyrodą. Taka miła odskocznia od ciasnego mieszkania w dużym mieście. Rex wydawał się zachwycony, nawet poznał nowych kumpli. I wszystko było wspaniale, aż do wieczora. Znalazłem w Internecie super restaurację, miała tylko jedną wadę, zakaz wprowadzania zwierząt. Ale Rex przecież tak dobrze się sprawował, był taki grzeczny w wynajętej kwaterze. Więc zostawiliśmy go tam na dwie, może trzy godziny, a sami poszliśmy na kolację. Myśleliśmy, że będzie spał po całym dniu atrakcji. Co zobaczyliśmy po powrocie? Obgryziona kanapa, zdemolowany fragment paneli podłogowych i mocno odrapane, uszkodzone drzwi. Do tego mocno zirytowana właścicielka pensjonatu, która stwierdziła, że Rex cały czas ujadał. Zdenerwowała się jeszcze bardziej, gdy zobaczyła jakich szkód narobił.

Rex nigdy nie miał problemów z lękiem separacyjnym, zachowywał ciszę, gdy wychodziłem do pracy. W naszym mieszkaniu nigdy nie zniszczył nawet kawałka dywanu. A tam… musiałem pokryć niemałe koszty zniszczeń, bo nie mieliśmy żadnego ubezpieczenia. O wstydzie i konieczności przepraszania właścicielki pensjonatu już nawet nie wspomnę.

Myślę, że sam pomysł wspólnego urlopu z Rexem nie był zły. Błędem było tylko zostawienie go samego w nowym, niezbyt dobrze znanym mu pomieszczeniu. W tym roku też wyjeżdżamy na wspólne wakacje z moją obecnie już żoną i Rexem. Mamy tylko jedno główne postanowienie – nawet na chwilę nie zostawimy go samego. Jeśli nie wpuszczą nas do jednej restauracji, pójdziemy do drugiej. Jak nie to zjemy kebaba z budki przy ulicy, ale psa samego nie zostawimy”.

Urlop z udarem cieplnym

Kolejną historią podzieliła się z nami Kasia, która jak pisze, nie wyobraża sobie życia bez swojego pupila. Jej zwierzak to maleńka suczka yorshire terrier imieniem Etna. Prawdopodobnie ma około 5 lat, jednak jak wspomina Kasia, dokładnie nie wiadomo, bo Etna została przygarnięta po tym, gdy ktoś wyrzucił ją na ulicę.

„Etna to bardzo delikatna i urocza suczka, moje oczko w głowie. Nie wyobrażałam sobie urlopu bez niej. Gdy tylko dowiedziałam się, że mąż planuje wyjazd na Bałkany, od razu powiedziałam, że Etna jedzie z nami. Nie minął miesiąc, a wszystko było już spakowane, kamper wypożyczony, a my gotowi do dwutygodniowej wycieczki. Pojechaliśmy w standardowym składzie 2+2+1 czyli ja i mąż, dwie córki oraz Etna.

Podróż kamperem nie jest Etny żadną nowością, dlatego wiedziałam, że sobie poradzi. Podróżuje w specjalnym psim foteliku, przypięta pasami bezpieczeństwa. W samochodzie zawsze mamy wszystko to, czego możemy potrzebować. Pakujemy nawet psią apteczkę pierwszej pomocy. Etna nie boi się innych psów, nie szczeka bez potrzeby ani nie prowokuje. Ładnie chodzi przy nodze, a moje córki lubią wyprowadzać ją na spacery. Wydawałoby się, sytuacja idealna na podróż.

Większość urlopu była idealna, ale była też chwila grozy. W drugim tygodniu wycieczki, gdy właściwie byliśmy najdalej od domu, zdarzyło się coś, czego kompletnie się nie spodziewaliśmy. Siedzieliśmy w jakimś kawiarnianym ogródku, popijając zimne napoje. Nie wychodziliśmy na plaże bo było ekstremalnie gorąco. Etna nagle upadła i przestała oddychać. Gdyby nie szybka reakcja mojego męża, pewnie już byśmy ją stracili.

Mąż zaczął reanimacje, a ja z dziewczynkami zupełnie spanikowałam. Po chwili Etna zaczęła oddychać, ale nadal się nie podnosiła, była jakby całkowicie nieobecna. Chwyciłam za telefon i zaczęłam rozpaczliwie wyszukiwać adresu do najbliższej kliniki weterynaryjnej – a na Bałkanach znalezienie dobrego weterynarza lub w ogóle jakiegokolwiek weterynarza bywa trudne. Na szczęście się udało, trafiliśmy do lokalnego weterynarza. Tutaj pojawił się kolejny problem w postaci bariery językowej. Jak nie znając lokalnego języka wytłumaczyć, co stało się z psem?

I tutaj uśmiechnęło się do nas szczęście. Udało nam się dogadać z jedną kobietą w języku angielskim, a ona tłumaczyła dalej weterynarzowi. Okazało się, że Etna dostała udaru cieplnego, podano jej kroplówkę i trochę odżyła… ale jeszcze długo dochodziła do siebie. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na skrócenie wycieczki i już za dwa dni byliśmy ponownie w Polsce.” Sprawdź także ten artykuł z poradami, gdzie pojechać na wakacje z psem.

Powrót w powiększonym składzie, później przykre konsekwencje

Chwilę grozy przeżyła także Gosia, właścicielka przesympatycznie wyglądającej suczki imieniem Fifi. Suczka ma około 8 lat i podobno uwielbia podróżować. Gosia regularnie zabiera ją na urlop, niestety jeden z wyjazdów zapadł jej szczególnie w pamięć.

„Uwielbiam wycieczki z naszą małą Fifką. Zawsze jest super zabawa i mnóstwo wygłupów. Fifi jest wyjątkowo radosna, w sumie chyba nie ma wypraw, które by jej nie cieszyły. Ona nawet uwielbia jeździć do weterynarza…

To był nasz któryś z kolei krótki wypad weekendowy. Fifi kocha biegać, ja z kolei wyciszam się na łonie natury. Dlatego jeździmy razem w odludne miejsca. Im ciszej i mniej ludzi, tym lepiej. To była wczesna wiosna, powoli robiło się cieplej, a dni stawały się coraz dłuższe. Dlatego nie myślałam długo i spontanicznie pojechałam z Fifką poznawać nowe miejsca.

Dwa dni spędziłyśmy na spacerach po lasach i łąkach. Taka chwila relaksu, z dala od innych ludzi. Tylko ja, Fifi i przyroda. Cały urlop udał się idealnie, gorzej było po powrocie. Zaraz po przyjeździe do domu zauważyłam jakieś maleńkie zgrubienie pod psim futrem. A muszę przyznać, że Fifka ma wyjątkowo gęstą, czarną sierść. Być może dlatego nie zauważyłam od razu naszych pasażerów na gapę.

Z urlopu wróciłam ja, Fifi i cztery wbite w nią kleszcze. Wtedy też dotarło do mnie, że Fifka zrobiła się bardziej apatyczna. Do weterynarza dostaliśmy się dopiero następnego dnia z samego rana. W międzyczasie pojawiły się wymioty i biegunka. Diagnoza weterynarza? Babeszjoza. Na szczęście trafiliśmy do super specjalistę, który zadbał o wszystko i zwalczyliśmy to dziadostwo. Każdy, kto choć raz widział psa z babeszjozą, może się teraz domyślać, jak to wyglądało. I właściwie to nie wina wyjazdu tylko moja. Fifi nie była zabezpieczona przeciwko kleszczom - wydawało mi się, że jest jeszcze za wcześnie. I faktycznie, o tej porze roku nigdy nie było kleszczy na naszych codziennych trasach spacerowych. Ale okazało się, że 100 kilometrów dalej już były i prawdopodobnie są tam przez większość roku”.

Czy ten artykuł był dla Ciebie pomocny?
Oceń
Dla 96,4% czytelników artykuł okazał się być pomocny