Podnosisz kota pod pachy? Taka pozycja skrajnie obciąża jego kręgosłup i uciska narządy

Wchodzisz do pokoju, widzisz swojego mruczka rozciągniętego rozkosznie na dywanie i czujesz, jak wzbiera w Tobie fala miłości. Nie możesz się powstrzymać, po prostu musisz futrzaka przytulić. Ten jednak na sam widok rąk spina się, odpycha łapkami, a nierzadko nawet rozpaczliwie miauczy. Czyżby nie rozumiał, że chodziło o pieszczotę?
Utrata kontroli i lęk przed bezbronnością
Koty to wyjątkowo niezależne istoty, które w toku ewolucji wyrobiły w sobie potrzebę stałej kontroli nad własnym ciałem i otoczeniem. W naturze kot jest drapieżnikiem, ale ze względu na małe gabaryty, może stać się również ofiarą. Podstawą jego przetrwania jest możliwość błyskawicznej ucieczki w razie zagrożenia, do czego niezbędne są łapy oparte na stabilnym podłożu.
W momencie, gdy podnosisz pupila w górę, całkowicie odbierasz mu tę możliwość. Czworonóg traci kontakt z podłogą, zawisa w powietrzu i staje się w stu procentach zależny od Ciebie. W jego mózgu uruchamia się alarm. Taka sytuacja kojarzy się z unieruchomieniem przez większego drapieżnika, dlatego zwierzak instynktownie zaczyna walczyć o wolność, reagując panicznym strachem lub agresją.
Fizyczny dyskomfort
Bardzo często niechęć kota do podnoszenia wynika z faktu, że robimy to w sposób dla niego nieprzyjemny, a nawet bolesny. Ludzie mają tendencję do brania kotów pod pachy, co sprawia, że tylna część ciała zwierzęcia zwisa bezwładnie w powietrzu. Dla futrzaka to skrajnie niekomfortowa pozycja, która mocno obciąża jego kręgosłup, stawy oraz uciska wrażliwe narządy wewnętrzne.
Jeśli mruczek kojarzy branie na ręce z fizycznym dyskomfortem, będzie unikał tego typu interakcji za wszelką cenę. Prawidłowe podnoszenie wymaga zawsze podparcia całego ciała czworonoga – jedna ręka zabezpiecza klatkę piersiową, a druga podtrzymuje zad.
Bliskość na własnych zasadach
„Kiedy Kubuś był małym kociakiem, non stop nosiłam go na rękach jak pluszaka. Jednak im był starszy, tym bardziej pokazywał mi, że ma tego dość. Na sam widok wyciągniętych rąk potrafił uciec pod kanapę, a złapany – natychmiast zaczynał się wiercić, drapać i głośno fukać. Było mi strasznie przykro, bo przecież chciałam tylko okazać mu miłość” – wspomina Amelia.
„W końcu przestałam go podnosić na siłę i zaczęłam czekać, aż sam do mnie przyjdzie. Gdy po kilku tygodniach Kuba sam wskoczył mi na kolana i zaczął głośno mruczeć, zrozumiałam, że on kocha moją bliskość, ale na własnych warunkach. Teraz biorę go na ręce tylko w wyjątkowych sytuacjach”.
